Wygrana w programie „Bitwa o gości” w TVN

Nasza historia z programu „Bitwa o Gości”

Wszystko zaczęło się zupełnie zwyczajnie, od pewnego maila, który przyszedł do nas w marcu. Nadawcą była Michalina – dziewczyna, którą dziś z pełnym przekonaniem mogę nazwać naszym aniołem. Napisała, że szuka gospodarzy do programu telewizyjnego o obiektach noclegowych i zapytała, . Nie zastanawialiśmy się długo – odpowiedzieliśmy, że tak. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że ten jeden mail otworzy przed nami drzwi do przygody, która na zawsze zostanie w naszej pamięci.

Michalina poprosiła nas o przygotowanie krótkiego castingu wideo – rozmowy o naszym miejscu i tym, jak prowadzimy nasz obiekt. Zrobiliśmy to po prostu po naszemu: naturalnie, bez pozowania i bez wymyślonych historii. Następnie otrzymaliśmy kolejne zadanie – nagrać krótką rolkę o Pokojach Hotelowych LILA. W tym pomógł nam nasz kuzyn, Konrad, który jest operatorem drona. To dzięki niemu mogliśmy pokazać nasz dom z zupełnie innej perspektywy. Ujęcia z lotu ptaka dodały naszemu zgłoszeniu charakteru i klimatu, którego sami nie bylibyśmy w stanie uchwycić. Patrząc dziś na ten film, wiem, że to on był jednym z powodów, dla których dostaliśmy swoją szansę.

Po wysłaniu materiałów przyszło czekanie. Długie, niepewne i pełne emocji. W końcu pojawiła się wiadomość z TVN – niestety odmowna. Odpowiedź była chłodna i konkretna: Siedlce to zbyt nudne miejsce na telewizję. Program miał pokazywać obiekty w górach, nad morzem czy przy jeziorach – w miejscach uznanych za „atrakcyjne” w oczach widzów. Nasze Mazowsze, choć piękne, nie mieściło się w tej wizji. Przyjęliśmy to z pokorą. Pomyśleliśmy, że widocznie tak miało być.

Po dwóch miesiącach później wydarzyło się coś niespodziewanego. Michalina odezwała się ponownie, z tą samą energią i wiarą w nas, której nam już wtedy trochę brakowało. Napisała, że chce jeszcze raz wysłać nasze zgłoszenie do stacji i poczekać na ich decyzję. Pamiętam, że powiedziałam jej wtedy, że już nie mam siły, że nie chcę przez to przechodzić jeszcze raz. Ale ona poprosiła, żebym porozmawiała z mężem. Łukasz, jak to Łukasz, podszedł do sprawy spokojnie. Powiedział tylko: „Spróbujmy jeszcze raz, co nam szkodzi?”. W głębi duszy modliłam się jednak, żeby się nie udało. Myślałam: „Boże, niech się nie uda, niech to się już skończy”. I wtedy, jak na ironię, właśnie się udało.

Oficjalnego maila z potwierdzeniem udziału otrzymaliśmy w poniedziałek w nocy. Zdjęcia zaczynały się już tydzień później. Nie było czasu na przygotowania, remonty, dekoracje. Wszystko działo się w pośpiechu i z ogromną dawką adrenaliny. W ciągu kilku dni umyliśmy elewację, kostkę i taras, odświeżyliśmy wnętrza, pomalowaliśmy wiatrołap, uporządkowaliśmy ogród. Nie było to profesjonalne przygotowanie jak z planu filmowego – to była czysta improwizacja i spontaniczność. Ale może właśnie dlatego wyszło tak prawdziwie.

Kiedy w końcu rozpoczęły się zdjęcia, stres sięgnął zenitu. Siedem dni intensywnej pracy, emocji, rozmów i spotkań z innymi gospodarzami – z Willi Sielanka z Ruskiej Wsi i z Energosfery z Konarzewa. Każdy z nich był inny, każdy wnosił coś wyjątkowego. Ekipa Constantin Entertainment okazała się niezwykle profesjonalna, ale jednocześnie ciepła i życzliwa. Dzięki nim atmosfera była przyjazna, a cały tydzień minął błyskawicznie. Wszystko to, co przeżyliśmy przez siedem dni, zamknęło się później w czterdziestu trzech minutach programu, który obejrzało ponad półtora miliona widzów.

Podczas nagrań w naszym obiekcie odbyła się również atrakcja, z której byliśmy szczególnie dumni – pokaz i trening łuczniczy zorganizowany przez Łucznictwo S.C. Arcus, prowadzone przez Konrada Kowieskiego. To była wspaniała zabawa i nietypowe doświadczenie, które zachwyciło uczestników i ekipę. Niestety, ten fragment nie znalazł się w emisji, ale w naszych wspomnieniach pozostanie jako jedno z najpiękniejszych przeżyć tamtego tygodnia.

Nie wszystko jednak było takie proste. Zanim podjęliśmy decyzję o udziale, wielu ludzi nas od tego odwodziło. Słyszeliśmy, że nie warto, że „telewizja zniszczy reputację”, że ludzie będą się śmiać. Niektórzy pukali się w głowę, mówiąc, że szukamy atencji, że mamy „parcie na szkło”. Inni doradzali, żebyśmy się „leczyli na głowę”, bo po co nam to wszystko. Byli też tacy, którzy po prostu nie wierzyli, że sobie poradzimy. A jednak, kiedy program się ukazał, kiedy zobaczyli nas na ekranie, kiedy pojawiły się pozytywne komentarze i gratulacje, ci sami ludzie zaczęli mówić z dumą, że nas znają. Tak to już bywa. Życie potrafi odwrócić karty w najmniej spodziewanym momencie.

Dlatego dziś dziękuję wszystkim – tym, którzy nas wspierali, i tym, którzy nie wierzyli. Każdy z nich był częścią tej lekcji. To doświadczenie nauczyło mnie, że warto ufać sobie, nawet jeśli inni w to wątpią. Warto ryzykować, nawet jeśli nie ma się pewności, co będzie dalej. I warto marzyć, bo czasem los potrafi zaskoczyć bardziej, niż jesteśmy w stanie przewidzieć.

„Bitwa o Gości” była dla nas czymś więcej niż telewizyjnym występem. To był dar od losu i dowód na to, że nawet zwykli ludzie, tacy jak my – szare żuczki z Żelkowa-Kolonii – mogą osiągnąć coś wyjątkowego. Nie przez przypadek, ale dzięki pasji, pracy i wiarze w to, co się robi. Bo ja naprawdę kocham swoją pracę. Moja praca jest moją pasją. I wierzę, że właśnie to widać w każdym kadrze, w każdym słowie i w każdym uśmiechu, który przyniosła nam ta niezwykła przygoda.

×
Masz pytania lub potrzebujesz więcej informacji?
Zapraszamy do kontaktu!